...bo czasem lubie.
RSS
czwartek, 11 grudnia 2008
08.05.09
Piotrek powiedział kiedyś: "Po cichu marzyłbym, żeby kiedyś ze Star Trekiem stało się coś takiego jak dzięki Nolanowi z Batmanem - żeby powstał film artystyczny, który zachwyci przede wszystkim tych, którzy nie są fanami konwencji, ale tę konwencję kupują, bo opowiada się im coś ważnego o nich samych i o świecie." Dołączam się równie po cichu. Jak na razie widać że J.J.Abramsowi kroi się całkiem znośny film akcji, pytanie czy zachwyci. Pozostaje tylko trzymać kciuki.

:) The passion. The desire.
Osobiście szaleję za 3 dźwiękami na samym końcu. Świetny motyw.
poniedziałek, 01 grudnia 2008
USL
Ostatnio siedze po uszy w debatach rasowych, słucham czytam i oglądam..



I'm A Colored Spade, A Negro, A Black Nigger, A Jungle Bunny, Jigaboo, Coon, Pickaninny, Mau Mau, Uncle Tom, Aunt Jemima, Little Black Sambo, Cotton Pickin', Swamp Guinea, Junk Man, Shoeshine Boy, Elevator Operator, Table Cleaner At Horn & Hardart, Slave Voodoo, Zombie, Ubangi Lipped, Flat Nose, Tap Dancin', Resident Of Harlem, And President Of The United States Of Love, President Of The United States Of Love..

czwartek, 11 września 2008
Hm..
I po dłuższej przerwie.
Co tam u mnie słychać? Nic ciekawoego poza tym że nastapił koniec świata. Zderzacz Hadronów, i do całkiem spory, pozawala co poniektórym wczuć sie w scenariusz dni ostatnich. Czy wiecie już jak wyglądałby wasz ostatni dzień na Ziemi? Mój nie był zbyt fascynujący.
Co do rychłego końca świata.. Głosy sa podzielone. Jedni twierdzą że ogromne energie uwolnią się przypadkowo i Ziemia wybuchnie, inni że zapadnie się w dziurę. Czarną. Na pewno jest jeszcze jakaś teoria rozplątujących się sznurków. Wszystkie te wersje odpiera Stephen Hawking, mówiac iż stawia 100 dolarów na to że Ziemia przeżyje a cząstek Higgsa (czy innych dziwadeł) nie spotkamy. Troche uspokoiły mnie te zapewnienia fizyka-hazardzisty. Nie na długo jednak. Jako że dzisiaj mój spokój ducha runął niczym domek z kart kiedy weszłam na swojego własnego bloga. Pewnie nikomu się nie rzuciło w oczy... ale licznik ziemiobójstw (który zresztą wisiał tu od jakiegoś czasu) skoczył z 0 do 1!

Od wczoraj rana oficjalny status Ziemi to "Zniszczona"! Wstepna analiza przeprowadzona przez IEDAB stawia hipotezę jakoby ziemia została zniszczona przez fizyków z CERN w ramach środków zaradczych mających na celu zapobieżenie destrukcji Ziemi spowodowanej Zderzaczem Hadronów.. Śmiała hipoteza, nie powiem..
Jeżeli jednak w niedługim czasie nie pojawią się jakieś niezbite dowdy na istnienie Ziemi, możemy uznać że Stephen Hawking przegrał swoje 100 dolarów, a cała reszta nie ma tu czego szukać, proponuję zatem emigrację na jakąś milszą i niezniszczoną planetę..

Edit: Mamy tu pewne sprzeczne doniesienia..
piątek, 27 czerwca 2008
Miałam fajny sen. O biegunie północnym i statkach kosmicznych :) I takich mniej kosmicznych też.

Najpierw poleciałam (jakimś śmigłem osobistym) na biegun północny. Przez góry śniegu i zaspy, w lekkiej zadymce. Ponieważ im dalej na północ tym niebo było niżej, musiałam się pod koniec przeciskać się między jedna wysoką zaspą i niebem, żeby potem zsunąć się to takiej ładnej dolinki nad mroźnym atolem otoczonym ośnieżonymi górkami lodowymi. Uznałam zatem że to już musi być biegun. Było tam całkiem ładnie i przytulnie. Śnieżek prószył, w oddali z mgły wyłaniały się góry lodowe, w mroźnej wodzie pływały sobie jakieś foki. A dalej po prawej, jakieś pół kilometra nad powierzchnią unosił się lodołamacz, czy inny trawler. Bardzo malownicze. Skoro tak, to porobiłam kilka zdjęć, tych gór i statku. Tylko to niskie niebo jakoś tak przeszkadzało. Przez jakiś czas zrobiło się klaustrofobicznie, ale już pod wieczór (który zapadł), mgła opadła, niebo się podniosło, i niestety okazało się że okoliczne góry lodowe są porośnięte lasem iglastym. Biegun zatem musiał być chyba trochę bardziej na północ, ale skąd mogłam o tym wiedzieć. Nie zauważyłam też kiedy trawler odleciał i zaczęło się robić ciemno. Niebo w ogóle zniknęło i zamiast niego w górze był kosmos. Czyściutka gwieździsta noc bez końca (z lekką domieszką agorafobii). Wyglądało to na kompletny zanik atmosfery. Za mną widać było miasto nocą. Podświetlone lampami ulicznymi, z dzielnicą industrialną i blokami mieszkań, lekko cyberpunkowe i całkiem bandycko nocne. Widać było czubki wieżowców, bloków i żurawi spowitych miejska łuną, ale jednocześnie miasto było nieco za krzywizną ziemi, więc nie aż tak blisko, chociaż na wyciągnięcie ręki. No więc poszłam sobie z biegunowej zatoczki, na zbocze wzgórza do lasu. Pomiędzy drzewami, mając w oddali po prawej miasto, miałam dobry widok na kotlinkę bezdrzewną. Siedząc sobie na jej brzegu, pod lasem, świetnie było widać bezkres nieba i statek na horyzoncie. Unosił się, nad lasem, albo nad morzem za lasem, klasyczny żaglowiec. Z opuszczonymi żaglami stał sobie w miejscu. Długo nie mogłam się pozbierać ze zrobieniem mu zdjęcia bo miałam w rękach mnóstwo drobiazgów których nie chciałam pogubić w głębokim śniegu i zanim jakoś mi się udało wydobyć aparat i przymierzyć się do zdjęcia, statek błysnął, huknął, i na odrzutowych silnikach błyskawicznie odleciał na wschód i tyle go widziałam, malownicze zdjęcia trafił szlag. Siedziałam sobie dalej trochę zła, patrzę w rozgwieżdżone niebo aż tu nagle spada w dół prom kosmiczny i jest już całkiem blisko, jest wielki biało czarny, smuklejszy nieco niż te amerykańskie ale za to z wielkimi dyszami silnikowymi. Spadał tak dosyć bezwładnie, już całkiem nisko, i jakoś tak tył mu zarzucało w kierunku ziemi. Na szczęście w sama porę włączył silniki i odleciał w górę. Ciężko powiedzieć czy był duży, bo na niebie wyglądał całkiem sporo (znowu chyba ten efekt „na wyciągnięcie ręki”), ale był jeszcze wystarczająco daleko żeby się nie zderzyć z niczym na ziemi ani nie spalić niczego silnikami. Po krótkim czasie manewr został powtórzony przez kolejny prom, troche mniejszy. A jakiś czas później spadała na ziemię rakieta. Trzy razy większa od promów, taka jak Ariane, wielosegmentowa, i tak spadając nieważko, obracała się powoli wzdłuż osi, trochę jak wielki walec ale pod dziwnym kątem. Nie było szans żeby zdążyła zarzucić tył i odlecieć w górę. Ale zdołała zadrzeć dziób i przemknąć płasko ponad miastem. Wszystko to przy huku silników i rozbłyskach odrzutu w uroczej śnieżnej scenerii podbiegunowej.

Naprawdę bardzo było miło, fajnie i robiło wrażenie. Szkoda że nie mogliście tego zobaczyć.
poniedziałek, 02 czerwca 2008
motyw
Oglądałam dwa filmy ostatnio. Ostatnio czyli w zeszlym tygodniu. Niby z zupenie innego gatunku, skierowane do zupełnie innych publiczności, o kompletnie różnych bohaterach zmagających sie z drastycznie odmiennymi przeciwnościami. A jednak. Jeden film był o tym a drugi o tym:


poniedziałek, 19 maja 2008
Szukam bajki.
Dawno temu, czytałam pewną bajkę. Wywarła na mnie pewne wrażenie nie tylko ze względu na (prawdopodobnie) porywającą fabułę ale też dlatego że bohaterowie i miejsce akcji były zaiste ciekawe. Większość bajek z jakimi mogłam miec styczność pacholęciem będąc była albo klasykami pokroju Andersena, albo z importu Волк и 3аяц, albo średnio zajmującymi historyjkami z Poczytaj mi mamo.
Wracając do poszukiwanej. Zaginęła w czeluściach domu mego dzieciństwa. Niewiele z niej pamiętam. Jednak naiwnie liczę, że może spotkam kogoś na tym szerokim świecie, kto wie cokolwiek więcej. A zatem:
Była to bajka o królestwie samochodów. Protagonistą owej historii jest Maluch, lub Fiacik albo zwany jeszcze inaczej Fiat 126p. W kazdym razie, tenże samochodzik, został pewnego razu zawezwany przed oblicze władcy samochodowej krainy. Rządził nią natenczas Król Polonez. Ów król (polonez, w takiej fajnej, małej koronie na dachu) powierzył mu misję, której szczegóły niestety nie pozostały w mej pamięci długo. W kazdym razie, w ramach misji, maluch wyruszył w wyprawę pełną przygód (których również nie pomnę). Jednak najlepiej zapamiętałam straszliwą i złowieszczą scenę w której to fiacik musiał przejechac przez złomowisko samochodów, na którym stare, pogięte wraki patrzyły na niego pustymi, wybitymi reflektorami... O_O
Taka to straszna historia. Komu coś świta niech natychmiast pisze. A ja jak tylko odnajde bajkę, lub odkryję nowe szczegóły, natychmiast sie podzielę.
wtorek, 13 maja 2008
Espain.
Podobno od dwóch dni w moim domu żyje Hiszpan. Nie widziałam go jeszcze...

Nie no dobra. Spotkałam go dziś wieczorem. :) Fajnie mówi i jest sensowny.
Koniec wpisu.

czwartek, 08 maja 2008
Bleh
Eh, no i znowu.. kolejny raz zaliczenia zaskoczyły studentów..
I tak oto w krótkim czasie musze zostać ekspertem w kilku dziedzinach*, a za bardzo nie wiem za co się zabrać.. zaczynam od najprostszych ale po chwili stwierdzam że można to zrobić szybko więc lepiej zacząć coś dużego, ale tego mi sie nie chce.. więc marudzę na blogu..

*
Systemy bankowe w Europie i na Świecie
Reklamy i Powstawanie Kultury Konsumenckiej
Infrastruktura Informacujna Sektora Finansowego w Niemczech (wtf?)
Zmiany w postrzeganiu przynależności etnicznej w latach 1966-2009: Star Trek TOS i Star Trek XI ( :D )
Rynek Derywatyw
Podstawy Rynków Finansowych w Stanach Zjednoczonych
Kultura Popularna oraz jej Krytyka
Ekonomia Monetarna
Astrofotografia - nauka czy sztuka? (your thoughts and feedback are appreciated)
Zaawansowana Makroekonomia
Aktorzy pochodzenia Latynoamerykańskiego w Amerykańskiej Kinematografii (Trejo, Montalban czy Olmos?)


środa, 23 kwietnia 2008
:)

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Generations
        Nie wiem jak to sie stało, czego szukałam, ani skąd sie tam wzięłam, ale złożyło się tak że weszłam na stronę Moikrewni.pl. Stronka do narysowania sobie drzewa genealogicznego. Każdy kto kiedyś próbował zrobić to za pomocą ołowka i poległ, będzie zachwycony. Ładnie wygląda, prosto się nawiguje, mozna je sobie jakośtam wydrukować. etc. Podobnych stron jest jeszcze torchę (kindo.pl, trees.pl, myheritage.pl) więc można sobie wybrać do koloru. No ale oczywiscie niektórym mało samego rysowania. Po narysowaniu drzewa można powrzucać do profili każdej osoby wiązki faktów wszelkiej maści, od urodzenia, szkół, miejsca zamieszkania, perypetii życiowych na miejscu pochówku kończąc. Dodaje się zdjęcia, zaznacza na mapie relewantne miejscowości. Fajna zabawa. I wciąga. Przynajmniej mnie. A jeżeli macie żyłkę detektywa i uwielbiacie szperać na strychu, no to was też powinno. Problem w tym że takie kartoteki danych o rodzinie trochę głupio przechowywać na stronie w internecie. No ale przecież. Programy genealogiczne były pisane na długo przed zaistnieniem internetu więc mamy ich całkiem spory wybór. Osobiście polecam Family Tree Builder, chyba ma najmilszy dla oka interfejs, i obsługę zdjęć podobną do facebooka. Do tego trzeba miec jeszcze skaner i sterte starych zdjęć i dokumentów wyciągniętych z graciarni, pudeł i strychów.
        Oraz notes do spisywania historii, legend, anegdot opowiadanych przez babcie, ciocie, wujków... Historie z wojny pewnie już znacie, ale być może czyjaś babcia lub babcia stryjeczna przed wojną grała w teatrze w Krakowie. A może czyjś pradziadek jeżdził do ameryki na zarobek a po powrocie wybudował kościół na wsi. Albo praprababcia była hrabianką. Albo wręcz przeciwnie całe życie przepracowała na feudalnej roli i ślad w historii po niej nie pozostał. Tak czy siak, fajne jest mieć taką małą i prywatna historię. Opowieść obyczajową z dramatem historycznym w tle :) Niezaleznie od tego czy będą to "Chłopi", "Lalka", czy może "Potop" albo "Dywizjon 303", historia jest spersonalizowana, opatrzona starymi fotografiami i fragmentami listów lub dokumentów dla lepszego wyobrażenia.
        O "Księdze Rodzaju" jednak nie ma co marzyć. Jedynie Polinezyjczycy, maja ten komfort iż wychowanie dziecka i jego edukacja w dużej mierze składa się z poznawania historii z sagi rodzinnej, i nauki na pamięć ich drzewa genealogicznego. Zatem przeciętnie, Polinezyjczyk potrafi wyrecytować całą swoja rodzinę do 500 lat wstecz, a niektórzy znają swój rodowód od samego początku. Tak owszem. Na początku ich drzewa są bogowie, bóstwa, duchy i zjawiska przyrodnicze :)
        Europejskim, nieco mniej spoektakularnym odpowiednikiem Polinezyjczyków sa Walijczycy. Więc zamiast pointy anegdotka: „Kiedy w 1945 roku Hervey Rhodes, młody walijski poseł do parlamentu, po raz pierwszy wstąpił na mównicę, przedstawił się w tradycyjny sposób jako «Hervey od Jacka od Billa od Jacka od Joe od Johna od Thomasa z Dean Head», na co podniósł się inny poseł z Walii i sprostował, że Thomas nie był z Dean Head, ale z sąsiedniego gospodarstwa Dean Head Clough." A Thomas Rhodes był sobie chłopem żyjącym około roku 1700..
środa, 19 marca 2008
I, Big Dog.
Kiedyś chciałam napisać o Panu Theo Jansenie i jego gromadce Strandbeests. Pan Theo zaprojektował wiele gatunków owych bestii. Małe czworonogi, pasące się na plaży. Wielkie słoniowe machiny kroczące. Stunożne wije. I prawdopodobnie wiele innych. Tak to z grubsza wygląda. Wszystkie te projekty w ruchu wyglądaja fantastycznie. Chodzą sobie płynnie krocząc po plaży w te i we wte, i sprawiają wrażenie skomplikowanych mechanizmów. Tymczasem są zbudowane jedynie z plastikowych rurek powiązanych sznurkiem, a napędza je jedno kółeczko (albo kilka kółeczek przy większych bestiach). Gdyby ktoś marzył o zbudowaniu takiej kreaturki do wypasania na biurku lub w salonie, to youtube oferuje animacje instruktażowe z zasadami działania mechanizmu. Tutaj i tutaj.

No więc tak miałam o tym napisać. Ale jakoś mi to umknęło. Aż do wczoraj. Kiedy wpadłam na filmik, który dał mi do myślenia i wzbudził mocno mieszane uczucia... Big Dog. (wydaje denerwujący odgłos więc możecie go oglądać bez dzwięku..it's even more disturbing then o_O)

Kogo obchodzi że Asimo płynnie biega po płaskim terenie. Big Dog utrzymuje równowagę na trudnym terenie, na lodzie (!), skacze przez przeszkody, nosi ciężki ekwipunek, być może woziłby też ludzi.. ale najbardziej mnie ruszyło to że porusza sie właściwie jak żywe zwierze. Chciałabym wiedzieć, komu jeszcze było przykro kiedy ten pan go kopnął, hm?
Straszne i fantastyczne.
Urocze stworzonka, które możesz zabierać na rodzinne spacery, wozić nimi dzieci, zapakować na nie kosz piknikowy i przenośne lodówki.. Albo można je wysłać na front żeby, rozkosznie potykając się jak młode jelonki, mogły jednocześnie wysadzać budynki i zabijać ludzi.
Kontrolowana empatia, oto co trzeba będzie opanować kiedy takie cudaki zaczną łazić po ulicach.
poniedziałek, 25 lutego 2008
(ROTFLOL?)
:D o mamo.

An Italian, a Scotsman, and a Chinese fellow were hired at a construction site. The foreman pointed out a huge pile of sand and told the Italian guy, "You're in charge of sweeping." To the Scotsman he said, "You're in charge of shoveling." And to the Chinese guy, "You're in charge of supplies."
He then said, "Now, I have to leave for a little while. I expect you guys to make a dent in that there pile."
The foreman went away for a of couple hours, and, when he returned, the pile of sand was untouched. He asked the Italian, "Why didn't you sweep any of it?" The Italian replied, "I no hava no broom. You said to the Chinese fella that he a wasa in a charge of supplies, but he hasa disappeared and I no coulda finda him nowhere." Then the foreman turned to the Scotsman and said, "And you, I thought I told you to shovel this pile."
The Scotsman replied, "Aye, ye did lad, boot ah couldnay get meself a shoovel! Ye left th' Chinese gadgie in chairge of supplies, boot ah couldnay fin' him either." The foreman was really angry by now and stormed off toward the pile of sand to look for the Chinese guy.

Just then, the Chinese guy jumped out from behind the pile of sand and yelled...

"SUPPLIES!!"
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Czego dawno nie było? :)

Obczajcie klimat


wtorek, 25 grudnia 2007
Idzie luty..
Wyjeżdżam :) Daleko. Długo nie wrócę. Pakuję sie w pośpiechu, cała podekscytowana. Z tego co widzę trzeba wziąć bluzę, swetry ze dwa, skarpety, ciepłe bielizny i podkoszulki, płaszcz zimowy,albo może kożuch, mój granatowy kocyk, pierzynę tą od babci. W co ja sie zabiore? Te futra, kurtki, szale, rękawice, czapy, szuby, mufki i koce. Nie moge zapomnieć o termosie z herbatą, i może jakiejś piersióweczce? Jeszcze tylko jutro wypad na Miodową do Ministerjum po paszport. I jade! :) Na Syberję :) Gdzie jest zimno, ciemno, mroźno i cały rok idzie luty.
Co się będzie działo dalej, mogę wam relacjonować albo i nie. Jednakowoż nie będzie mnie bardzo bardzo długo, nie to co przykrótkie wakacje w Afryce.


niedziela, 23 grudnia 2007
Diamonds are forever?
Ostatnio te cudownie fantastyczne kamienie jakże szlachetne, poważnie się deprecjonują. Tiffany, Cartier, Harry Winston i cała Marylin Monroe z przyjaciółmi wzbudzają chyba coraz mniejszy podziw. Upychane są w gebach raperów i pępkach ich panienek.
Ostatnio wpadła mi w komórke gra Paris Hilton i jej Diamond Quest. Układanka logiczna w cukierkowo różowej oprawie. Podrózując po świecie przechodzi się kolejne poziomy zbierając tym samym nowe błyskoteczki do jej nowej kolekcji biżuterii. Generalnie gra jest znośna, no i paść można ze śmiechu gdy za kolejne poziomy odblokowujesz zdjęcia Paris i jej chuderlawego pieska :D a więcej radości dostarczają kometarze do każdej układanki.. "You're a total Einstein, baby. Smarts are hot!" "You totally get the whole 'Time is Money' thing" "Brains and good looks. Now that's hot!".. whew :)
A do tego że przyszłość diamentów jest policzona przekonał mnie artykuł o diamentowych planetach. Niech no tylko poleca tam górnicy wraz z diamentowymi wiertłami i wydrążą sto milionów ton brylantowego żwiru. Cóż to będzie za dzień. Każdy będzie miał diamentowego Rolls Royce'a, diamentowego iPhone'a, diamentowy sedes oraz diamentowy stanik i stringi do kompletu. Tylko co wtedy będzie wyznacznikiem statusu i bogactwa zamknietym w niedostępnych murach szwajcarskich depozytów..
piątek, 14 grudnia 2007
The World makes so much more sense now.
O_O Wszystko staje się nagle proste i zrozumiałe.
Nie zastanawialiście się na pewnym poziomie swojej edukacji dlaczego motyle nazywa sie po angielsku latajacym masłem? Butterfly. Może to było dawno, i będąc pacholęciem zaśmiewaliście się z tego do rozpuku. Może to było w 8 klasie i wydało wam sie to kretyńskim słowem. Może dowiedzieliście się teraz i skwitowaliscie to wzruszeniem ramion..

No więc może nie ma to szczególnego poparcia w literaturze fachowej. Ale na czyimś blogu wśród fun-factów (w stylu nie można polizać własnego łokcia) znalazłam następujący.

"The original name for butterfly was flutterby."

Ta-daa! :) Egzakkly! Jak dla mnie flutterby to istota i kwintesencja motylowości.


wtorek, 30 października 2007
Tego nie możecie przegapić :P
Już są!!!
Star Trek - The Original Series!!!
W Twoim domu!!!
W każdą niedzielę!! o godz. 16!!!
Włącz TV Puls!!!
Pięćdziesiąt minut ekscytujących przygód kapitana Kirka i załogi!!!
Przemierz galaktykę na pokładzie Enterprise!!! :D
Co tydzień!! cztery zapierające dech w piersiach odcinki kultowego serialu!!!

Już w tym tygodniu.. !!!

(sobota)
>>The Naked Time!<<
A strange alien substance causes the crew to act out their deepest inhibitions, while the ship plummets out of orbit.

>>The Enemy Within!<<
A transporter malfunction causes Captain Kirk to split into his "good" and "evil" selves, and a landing party will freeze to death if they don't merge the two back together.

(niedziela)
>>Mudd's Women<<
The Enterprise picks up a intergalactic conman, Harry Mudd, and three incredibly beautiful women who harbor a dark secret.

>>What Are Little Girls Made Of?<<
Nurse Christine Chapel is reunited with her old fiance on Exo III, but the scientist has plans for Captain Kirk and the Federation.
niedziela, 14 października 2007
!Xhosa
:) Onegdaj zdarzyło mi się smiać z występów pewnego komika, opowiadającego o Afrykańskich imionach. Pomyślałam, kliknięcia zamiast liter.. nie może być.. Otóż co się po czasie okazuje.

Na samym południowym czubku Afryki żyja sobie plemiona Xhosa. Porozumiewają się oni jednym z tonalnych języków grupy Bantu. I jest również potwierdzonym faktem, że w swoim arsenale spółgłosek maja oni wspomniane kliknięcia (które w wyrafinowanym żargonie fonologów określane są jako mlaski :)). Język Xhosa ma tych mlasków/kliknięć 15. Jest jednym z trzech klikających języków na świecie (pozostałe to Ju׀'hoan oraz !Xóõ :D, które maja odpowiednio po 48 oraz 83 różne kliknięcia!).

A jak to brzmi mozecie sobie posłuchac tutaj:
Historyjka o chłopcu gonionym przez skunksy:


Tu Pan prezentuje różne mlaski.
A tu widać że biali też umieją klikać. Wierszyk
(znowu) o skunksie.

* Aha, no i najsłynnieszym mlaszczącym Xhosaninem był Nelson Mandela :)
poniedziałek, 08 października 2007
Projekt 2K
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Przepraszam za przebrzydką jakość zdjęć, no chyba się nie postarałam.
0:33:53

Where is Wally? :)
piątek, 05 października 2007
Bidu bidubi du... that's all.
No co ja mogę tu pisać. Jakoś nie mam weny na spójne opowieści etc.
Zima idzie. Ciemno sie robi. Wnętrza autobusów stają się ciekawsze niż ich zewnętrza.

Dziś np. jechałam z migajacymi paniami, i jedna z nich sprawiała wrażenie jakby opowiadała z niedowierzaniem o naprawdę ciężkim przypadku złego makijażu. :) Zapisałam sie na lektorat z języka migowego i może w końcu je też będę mogła podsłuchiwać. Uehehe.

Oprócz tego jechałam z dwoma zią-kolesiami, z których jeden przez całą droge pokazywał sztuczki karciane. Niektóre mu naprawde fajnie wychodziły.

A nawet jechałam z dwoma młodzuchnymi panczurami którzy nie lubią świata, walą winiacze, wieszają się na drążkach jak małpy, oraz raczą ludzkość mądrościami w stylu "Abrakadabra, czary mary, twoja stara to twój stary" Hyhyhy.. :) Eiii...

No a tak to nic. Niedługo, jak ukończę mój najnowszy projekt, projekt skomplikowany, na który składa sie 2000 różnych elementów, to wam pokażę.
I żeby nie było że nie jestem ta od Star Treka, to mam tu przepyszny klip, z wystapienia Eddiego Izzarda (british stand-up action transvestite), kąsek dla fanów tematu. Oto i on.

sobota, 01 września 2007

Daleko, 80 milionów kilometrów stąd... skończyła się burza piaskowa. Na planecie bordowo-czerwono-pomarańczowej, gdzie rok trwa dwa lata, góry mają po 24 km wysokości, a której tajemnic strzeże Wielki Galaktyczny Ghul pożerający statki kosmiczne. Na niezmierzonej pustyni skończyła się trwająca od czerwca burza. Tony piasku wirującego w powietrzu opadły całkiem zmęczone. Wiatr ucichł a wszystkie skałki i kamyki znieruchomiały. Kratery urwiska i pagórki pokryte były czerwonym pyłem. Zamieszanie, jakie przed chwilą kotłowało się w powietrzu zamilkło zupełnie. Nastała cisza.

Na planecie było ich tylko dwóch. Przez ostatnie sześć tygodni na powierzchnię nie dochodziły promienie słoneczne, ich baterie słoneczne były na wyczerpaniu. Połączenia z bazą były sporadyczne i energooszczędne. Aż skończyła się burza. Nareszcie widać było niebo i wstało słońce. Po przejściu pandemonium, chciałoby się otrząsnąć z piachu i powiedzieć, „Hej, no i nie było tak najgorzej. Nieźle się trzymamy”. Albo, „Eh stary, mało brakowało”. Ich chwytaki, próbniki, kółka i kamery pokrywała kilkucentymetrowa warstwa pyłu. Jeden z nich, Spirit, poruszył wysięgnikiem strząsając piasek z części paneli słonecznych, zarejestrował kilka zdjęć. Ale w pobliżu nie było nikogo do kogo mógłby się odezwać. W oddali też nie było nikogo. Bezkresna pustynia rozciągająca się po horyzont zastygła w bezruchu. Na misję wysłano ich razem, ale nikt im nie powiedział, że tak naprawdę będą przeraźliwie sami, i przez kolejne lata będą się szwędać po pustej planecie nie mogąc nawet otworzyć kanału radiowego między sobą. Cisza, piasek i odcienie czerwieni. Dzień po dniu, przez całe lata.

Gdzieś daleko, na przeciwległej półkuli, na wpół zakopany w czerwonym pyle Opportunity uruchamiał właśnie transmisję danych na Ziemię. Czas zabrać się do roboty przed zimą, zanim temperatury opadną do -140*C...

~to the unwearing explorers
Spirit & Opportunity

wtorek, 28 sierpnia 2007
eh..



Courtesy of www.phdcomics.com
wtorek, 17 lipca 2007
Bogactwa Afryki...

Zostałam milionerką.. Mam 3.15 miliona dolarów amerykańskich, już. Właściwie.. nie musze już pracować. Zainwestuję sobie w coś, i będę tylko kosić kasę.. do końca życia. :)

Miło prawda?

A to za sprawa jednego mejla od mego dobroczyńcy i wybawcy pana dr. Kaburi Yusufa …

Pan dr. Kaburi Yusuf jest szanowanym dyrektorem działu kont i audytu w Banku Afrykańskim w Ouagadougou (=Wagadugu, stolica Burkiny Faso!, niech wam się nie wydaje że jak cos ma śmieszną nazwę to nie istnieje.. [guilty]). I ten otóż odkrył on, iż na koncie jednego z zagranicznych klientów Banku Afryki zalega niebagatelna suma 10.5 mln $. Zalega, jako że właściciel konta w roku 2001 zginął wraz ze swoja najbliższa rodziną (żona i synem) w strasznym wypadku samolotowym (to najczarniejsza strona tej historii). I zatem, tu powstaje trudność, ponieważ wszystkie osoby wymienione jako uprawnione do podjęcia pieniędzy, niestety nie żyją, a prawo bankowe wymaga, aby po 8 latach bezpańskie pieniądze włączyć do rezerw bankowych. Jak zapewne szybko już obliczyliście, termin się zbliża, a jakąż niepowetowaną stratą byłoby pozwolić tym pieniądzom się, no jakby nie było, ‘zmarnować’..

I tu oto z pomocą przybywa samarytanin i filantrop z zamiłowania, dr. Kaburi Yusuf! :) Jeżeli tylko postanowię w łatwy i przyjemny sposób uwolnić Bank Afryki od ciężaru 10.5 mln $, to Pan Yusuf, i jego koledzy, zaaranżują wszystko tak, iż to właśnie ja zgłoszę się jako partner biznesowy nieszczęśliwie zmarłego pana milionera. Nie oszukujmy sie jednak, pieniądze prawdopodobnie zostałyby pobrane przez jednogo z anonimowych kolegów p. Yusufa. Jednak akurat tu burkińskie prawo bankowe jest dość szczegółowe i wymagające. Mianowicie jako że milioner, klient banku, był zagraniczny, zatem jego rodzina lub partnerzy biznsowi również powinni być z zagranicy, w żadnym razie Burkinianin. Myslę że jest to dla wszystkich wystarczająco jasne i wykazuje niepodważalną logikę, wszystko oczywiście najbardziej legalnie na świecie znajduje poparcie w obowiązujących w Burkinie Faso normach prawnych, których rzecz jasna my nie możemy znać, jednak wszystko jest już uzgodnione przez miejscowych prawników. Niestety jednak najwyższej jakości porady i usługi prawne kosztują, zatem 10% sumy zdobytej, będzie przeznaczone na koszty organizacyjne, 60% przypadnie organizatorom i pomysłodawcom projektu. A mi za mój wkład (minimalny) oraz udostępnienie tożsamości celem pobrania owej sumy (czyli praktycznie nic trudnego ani kosztownego), dostanie się oszałamiające 30%. Jak bardzo mi się to opłaca nawet nie mogę ująć w słowa. No właściwie nic nie musze robić, bo wszystko już zostało załatwione bezproblemowo i pieniądze tylko czekają na mój numer mojego konta aby ochoczo na nie spłynąć. :)

Cudownie.

A cudowność całego listu i sprawy bardzo, bardzo pilnej (jako zaznaczono w tytule mejla) pomnaża język, jakim jest ów list napisany. Jedną z wielu perełek musze wam tu zacytować. :

„I will not fail to bring to your notice that this transaction is hitch free and that you should not entertain any atom of fear as all required arrangements have been made for the transfer.”

Moja dusza anglofila się raduje i dlatego zamierzam wysłać Panu Yusufowi wszystko, czego tylko zapragnie, byleby jeszcze kiedyś do mnie napisał.

poniedziałek, 18 czerwca 2007
http://www.airtoons.com/

 
1 , 2 , 3 , 4